
Zamieszanie jakie powstało w związku z kontrowersjami wokół ratyfikacji ACTA okazuje się być niemal niewyczerpanym źródłem przemyśleń dotyczących współczesnego społeczeństwa, relacji między nim a demokratycznie wybraną władzą i obiegu kultury.
Jednym ze spostrzeżeń, jakie można poczynić przy tej okazji jest to, że w społeczeństwie istnieje głęboki podział. Nie jest to jednak taki podział, jakim chcieliby go widzieć politycy i dziennikarze mainstreamowych mediów – podział na racjonalnych zwolenników obecnej władzy i fanatyków IV RP (albo zdrajców narodu i tradycji oraz jego jedynych prawomocnych obrońców, patrząc z drugiej strony). Nie jest to też podział pokoleniowy, związany z datą urodzenia. Linia tego podziału pojawia się po raz pierwszy w historii, jeśli nawet istniała wcześniej to nigdy nie była źródłem tak głębokiego podziału. Jest to podział według kryterium uczestnictwa w kanale komunikacji jakim jest Internet z jednoczesnym rozumieniem tego medium.
Dotychczas nie było aż tak widoczne to, jak bardzo politycy i dziennikarze nie rozumieją Internetu. Do tej pory traktowali (i z pewnością nadal tak będą traktować, bo obecna sytuacja niczego ich nie nauczy) ten kanał komunikacji jako medium w najlepszym wypadku ledwo co równorzędne wobec innych (czyli prasy i telewizji), źródło ciekawostek i różnych głupotek (vide: żałosna postać Jacka Pałasińskiego). Nie traktowali (i, podkreślmy – z pewności nadal nie będą) Internetu tak jak należałoby go traktować – jako pewną rzeczywistość alternatywną wobec rzeczywistości tzw. realnej. Rządzącą się zupełnie innymi prawami. Próbowali przykładać do Internetu miary znane z „reala” nie zdając sobie sprawy, że to nie doprowadzi ich do żadnych sensownych wniosków.
Przede wszystkim ani politycy ani dziennikarze nie rozumieją tego, że Internet mało się nimi interesuje, żeby nie użyć bardziej dosadnego sformułowania. W podobnym poważaniu Internet ma wartości, które są hołubione przez mainstream. Internet jest zbiorem wszystkiego, co do tej pory stworzyła ludzkość i wszystkie te wytwory funkcjonują tam na równych prawach: „każdemu jego porno”, jak głosi internetowa maksyma. Choćby poseł Niesiołowski oburzał się i nadymał do granic pęknięcia, nic nie zmieni faktu, że symbol Polski Walczącej jest w sieci takim samym symbolem popkulturowym jak każdy inny i nikogo nie oburza wykorzystywanie go w obronie pornograficznego serwisu RedTube. To także przejaw całkowitej równości wszelkich form kultury (szeroko rozumianej): w przeciwieństwie do mainstreamowego „reala” w Internecie pornografia nie jest uważana za coś wstydliwego i godnego jedynie potępienia z wyżyn własnej nieskazitelnej moralności, lecz jako równorzędny strumień przemysłu rozrywkowego (chociaż niestety najczęściej pomija się negatywne aspekty tego zjawiska, ale one i w mainstreamie nie są artykułowane).
Błyskawiczne porzucanie dotychczasowych znaczeń i interpretacji występujące powszechnie w sieci również budzi konfuzję wśród przedstawicieli tradycyjnych mediów i polityków. W związku z dyskusjami wokół ACTA i działalnością grupy Anonimous pojawiły się w mediach tradycyjnych i w sieci (obecność w sieci nie musi od razu oznaczać jej rozumienia) analizy dotyczące symbolu oporu wobec ACTA, czyli maski Anonima. Niektórzy zastanawiali się dlaczego akurat maska przedstawiająca papistowskiego niedoszłego zamachowca Guido Fawkesa stała się tak istotnym symbolem, co wynika z jej genezy i, jakżeby inaczej, dlaczego internauci są tak głupi, że używają symbolu idei wcale nie zgodnych z ich własnymi. Rozważania takie, o ile mające umocowanie w świecie rzeczywistym, to w sieci są pozbawione jakiegokolwiek znaczenia i świadczą o braku zrozumienia zasad nią rządzących. Dla internautów symbol ten jest oderwany zupełnie nie tylko nawet od Guya Fawkesa, ale nawet od komiksu Alana Moora i filmu braci Wachowskich, które wprowadziły go do popkultury, stał się internetowym memem, oderwanym od źródeł swego powstania. Wykazujący się konserwatyzmem (mniejszym lub większym) przedstawiciel świata tradycyjnego zawsze będzie przywiązany do genezy zjawiska, będzie ją badał, a potem dziwił się i nie rozumiał skąd wziął się jego współczesny usus.
Politycy i dziennikarze przepadliby w świecie Internetu, gdyby wkroczyli do niego w pełni. Nie potrafiliby prowadzić dyskusji, bo wpadaliby w pułapki trolli, przyzwyczajeni do rzucania słów na wiatr i stawiania tez z sufitu nie potrafiliby właściwie uzasadniać swoich twierdzeń („pics or it didn’t happen!”), oburzaliby się, że ktoś na wyjątkowo głupi argument odpowiada „spierdalaj”, albo zarzuca ich obrazkami z karykaturalnymi wyrazami twarzy, stosuje dziwne i niezrozumiałe skróty i symbolikę. Szokiem dla maistreamu byłoby to jak bardzo Internet pozbawiony jest fałszywej moralności dominującej na powierzchni. Mainstream zaglądając do Internetu na każdym kroku natrafia na akty transgresji wobec wartości, które sam wyznaje. Internet jest innym światem, oglądany z zewnątrz może się wydawać przerażający. Żeby go zrozumieć trzeba w nim żyć. Wkroczenie do niego dorosłej, ukształtowanej osoby nie jest proste, ale można się do tego wdrożyć, przykładów jest wiele.
Ten podział i brak zrozumienia idzie w poprzek pokoleń. Oczywiście, 50 i 60 latków w świecie cyborgów (rozumianych jako tych, którzy zespolili swe życie z siecią i nie chcą, albo i nie potrafią bez niej żyć) raczej zbyt wielu nie ma, ale już 40 latkowie stoją ramię w ramię z nastolatkami. Z drugiej strony istnieją młodzi, którzy sieci nie rozumieją (przykładem niesławny Łukasz Naczas), albo co gorsza jedynie wydaje im się, że ją rozumieją: wydaje im się, podobnie jak politykom i dziennikarzom (bez względu na wiek), że w Internecie istotne są takie same problemy jak w ich świecie. A wcale nie są.
Podkreślić trzeba wyraźnie, że internauci nie są grupą jednolitą, nie są żadnym pokoleniem, nie da się ich (pomimo usilnych prób różnych osób) sklasyfikować i opisać kryteriami znanymi ze świata rzeczywistego. Są wśród nich gimnazjaliści (pogardliwie określani „gimbusami”) czytający kwejka i demotywatory, fani Harrego Pottera i miłośnicy kucyków, Dragonballa, pokemonów i gry Skyrim. Są też oczywiście poważni komentatorzy z wysoko zadartymi nosami (to my, między innymi). Między różnymi grupami cybernautów istnieją konflikty, ale nieliczne, najczęściej poszczególne grupy się przenikają i nikogo szczególnie nie interesuje czym zajmuje się inny użytkownik, chyba że można się z tego pośmiać.
To jedna z największych przygód ludzkości – stworzenie alternatywnego świata, którego uczestników najbardziej obchodzi to, żeby nikt z równoległego świata realnego nie wtrącał się do ich rzeczywistości. Ani władze, ani tzw. tradycyjne media ani trochę tego nie rozumieją.
Najnowsze komentarze